Kolejne świadectwo ;)


Nowy wpis / środa, Lipiec 17th, 2019

Nic nie dzieje się przypadkiem… a pomogła mi to zrozumieć Gabriela Jastrzębska, bo to co robi ona i członkowie Fundacji Dom św. Jakuba jest WIELKIE.

Swoją historię opiszę, bardzo krótko i od serca, pewnie troszeczkę nieskładnie, ponieważ nie ma czasu na poprawy i głębsze przemyślenia za to z góry przepraszam. Postaram się pokazać jak zwierzęta zmieniły moje życie i jak pomagają mi w ciężkich chwilach (jest to tylko mój opis, chociaż wiem, że dla mojego męża nasi bracia mniejsi mają jeszcze większe znaczenie).

Nigdy nie byłam „głęboko” wierzącą osobą, moi rodzice nie dbali o to bym jako dziecko chodziła do kościoła, czy modliła się. Nigdy też nie starałam się o nic prosić Pana Boga, chociaż wewnętrzny głos podpowiadał mi, że Pan wie co robi i co dla nas dobre. Nawet kiedy mój mąż leżał w śpiączce (6 lat temu), prawie bez szans na przeżycie, rozmawiając z Panem Bogiem, mówiłam, że byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby pozwolił nam pobyć jeszcze razem, ale jeśli potrzebuje Jasia to też rozumiem, bo jest wspaniałym i wartościowym człowiekiem. I stał się cud… Mojego męża udało się uratować. Dziś wiem, że to nie był przypadek. Ludzi, których od tej pory spotykam bardzo nam pomagają a my staramy się odpłacić tym samym, a tyle dobra ile się wokół dzieje – to jest niesamowite (jeśli dajesz dobro ono wraca z podwójną siłą).

W moim domu od zawsze były zwierzęta, pracuje w szkole specjalnej, staram się pomagać ludziom i wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Współpracuję z fundacjami na rzecz zwierząt i przez jedną z takich instytucji (4 lata temu) trafiła do naszego domu młoda suczka goldena pobita przez właściciela i skrajnie wycieńczona, po kilku tygodniach doszła do siebie, okazując się wspaniałym psem, który na nowo zaufał człowiekowi. Mając tak fantastycznego psa postanowiłam, że zrobię z nią kurs dogoterapii po to by jeszcze lepiej pomagać moim podopiecznym ze szkoły. Idąc za ciosem ukończyłam również kurs felinoterapii (zajęcia z kotami) na którym poznałam Katarzynę Słupską, kobietę, którą podziwiam i to właśnie Ona rozpaliła we mnie iskierkę zooterapeuty.
Mąż mimo ciężkiej choroby (cukrzyca I typu, choroba nerek, dializy, otwarta niegojąca się stopa cukrzycowa, nie widzi na jedno oko) stara się „coś” robić. Zwierzęta to jego pasja i to one sprawiają, że rano musi wstać z łóżka: nakarmić, oporządzić, zatroszczyć się kiedy któreś zachoruje, ma z kim porozmawiać wyżalić się, kiedy jestem w pracy. Jestem pewna, że czas który Janek poświęca zwierzętom i ich traktowanie przekładają się na pracę naszych kur, królików z ludźmi. Cztery lata temu zaczęłam do mojej placówki wprowadzać zwierzaki a wraz z nimi przyjeżdżał mój mąż, który zobaczył, że jego kury, króliki mają niesamowitą moc i mogą pomóc nie tylko jemu ale też dzieciom i młodzieży z niepełnosprawnościami intelektualnymi od lekkich po głębokie, ludziom z autyzmem. Zauważyliśmy jak przy zwierzętach ludzie otwierają się, ogromne emocje i dużo pozytywnej energii sprawiają że nasi wychowankowie przełamują lęki, otwierają się na terapeutę, lepiej współpracują, podejmują próby spontanicznej mowy, usprawniając motorykę, percepcję a kontakt ze zwierzęciem sprawia im ogromną radość. To zwierzęta sprawiły, że na swojej drodze spotkałam Kasię Słupską i Gabrysię Jastrzębską, że zaczęłyśmy robić coś wspólnie (bez narzucania się z wiarą- wiara i aspekty duchowe pojawiają się przy okazji, ludzie, którzy nie czują się albo boją się „wiary” mogą poobserwować z boku, jak fajna i zgrana jest wspólnota, wiedzą też, że nigdy nie zostaną odprawieni z „kwitkiem” i jeśli tylko będą mieli potrzebę mogą zgłosić się po radę i pomoc.
Przełom w mojej wierze nastąpił w zeszłym roku, kiedy to po wywiadzie (również o zwierzętach) wspólnie z Kasią Słupską spontanicznie zagościłyśmy w domu Gabrieli i jej męża. Znów kolejny zbieg okoliczności – nie sądzę, Pan tak chciał, okazało się, że Gabriela w dniu w którym u niej się pojawiłyśmy zaplanowała wędrówkę z osiołkami i Noc Nikodema. Mogłam od środka zobaczyć jak działa Fundacja Dom św. Jakuba, wspólnotę. Wędrówka i modlitwa na łonie natury dała mi niesamowitą siłę, poznałam fantastycznych ludzi oraz wspaniałego człowieka ks. Marka. Zrozumiałam, że nasz sukces i nasza praca za zwierzętami nie jest przypadkowa. Odkąd Pan Bóg oddał mi mojego męża wszystko jest cudem a my mamy tutaj na ziemi misję: oprócz pracy z niepełnosprawnymi, mamy obowiązek pomóc Panu w dotarciu do ludzi małej wiary (takich jak kiedyś ja).

Dzięki zwierzakom poznałam wspaniałych ludzi na których ZAWSZE mogę liczyć. Pomimo, że nie widzimy się na co dzień, wiem, że są ze mną i jest mi łatwiej pokonać trudy życia codziennego. Gabriela i ludzie z Domu św. Jakuba bardzo pomagają mi, kiedy mam chwilę załamania, bo po raz kolejny mój mąż podupadł na zdrowiu. Zawsze po zwróceniu się do Gabrysi coś idzie do przodu (a to nowy pomysł, lek, lekarz) i Janek znowu wraca do pracy mogąc pomagać dzieciom a ja widząc jego szczęście i siłę raduje się podwójnie.
Zwierzęta przyciągają ludzi, którzy mają problemy, którym trudno zaufać po raz kolejny człowiekowi, ponieważ nie raz zawiedli się na innych, zwykle rozmowa na temat np. drobiu pozwala im otworzyć się. Być może brzmi to niedorzecznie, ale kiedy na konferencjach czy warsztatach zooterapeutycznych opowiadamy naszą historię o trudach jakie pokonujemy codziennie z mężem, spotykamy się z bardzo pozytywnym odbiorem, ludzie ufają nam. Animaloterapia – ono-, kuro-, królikoterapia to w naszym kraju innowacyjna forma i tak jak pisałam już wcześniej przynosi pozytywne efekty a jeśli są efekty w pracy z dziećmi i ludźmi niepełnosprawnymi, czemu nie pokusić się i iść o krok dalej, spróbujmy nowej formy Ewangelizacji, mnie to przekonało, otwarło mnie na Wszechmogącego i pomaga na każdym kroku. Zwierzęta mają moc, zostały nie na darmo stworzone przez Pana. Jestem przekonana, że poprzez zwierzęta możemy dotrzeć do ludzi, którzy potrzebują nakierowania na Pana Boga.
Dziękuję Panu Bogu za każdy kolejny dzień: za to, że możemy wspólnie z Jankiem cieszyć się życiem, za ludzi których mi zsyła, za przyrodę, którą nas otacza, za uśmiech dzieci kiedy pojawiamy się z naszymi zwierzęcymi terapeutami, za wdzięczność, uścisk dłoni rodziców, którzy dziękują nam za to co robimy dla ich dzieci i za to, że już teraz wiem i rozumiem, że nic nie dzieje się przypadkiem.

Katarzyna Łoza-Postak –  przyjaciółka fundacji i pasjonatka Kur 🙂
Nauczycielka, animaloterapeutka 🙂